O historii polskiego DIY w czasach, gdy nie było niczego – Łukasz Jaczun

„Zrób to sam” – dziś kojarzy się z majsterkowaniem w garażu, ale w PRL-u mogło oznaczać… zrobienie sobie sprzętu nurkowego. Z dętki samochodowej, pompki do roweru, a nawet elementów rozbitego samolotu. Brzmi jak szaleństwo? A jednak tak rodziły się polskie innowacje pod wodą. W rozmowie z Łukaszem Jaczunem cofniemy się do czasów, gdy centralnie planowana gospodarka ograniczała dostęp do komercyjnego sprzętu, a pasja nurków znajdowała ujście w kreatywności i determinacji. Posłuchacie o hełmie profesora Wojtusiaka, pierwszych projektach speleonurkowych, o własnoręcznie robionych płetwach i automatach, a także o Leszku Suchym, który z wraku samolotu stworzył zestaw butlowy. To opowieść o wynalazczości, odwadze i pasji, która mimo przeciwności rozwijała nurkowanie w Polsce.
Obejrzyj odcinek
Przeczytaj podcast
Łukasz:
[0:14] Grono najwierniejszych i najbardziej zaangażowanych bardzo się cieszę. Więc dla tych, którzy by nie wiedzieli, bądź też nie pamiętali, to ja się nazywam, prawda, Łukasz Jaczun. I słuchajcie, tytuł enigmatyczny, tytuł niespodzianka. Z czego on wynika, to się dowiemy, ale nie święci garnki lepion, czyli nurkowe DIY w PRL. Czyli opowiemy sobie, jak to drzewie w okresie właśnie, o którym tu nam kolega, prelegent Paweł wspominał przed chwilą, jak sobie radzono w czasach, kiedy można powiedzieć nie było niczego, a na pewno nie to, co byśmy bardzo chcieli, co byśmy potrzebowali, jak sobie radzono w świecie nurkowym właśnie w myśl tej zasady, którą dzisiaj już nazywamy DIY. No i lecimy tu tak w ramach żartu troszeczkę i zapchaj dziury dla tych, którzy by nie wiedzieli, czyli co to jest DIY, z czego ten akronim wynika oraz PRL.
Łukasz:
[1:18] I tu tylko sobie jedynie, co możemy powiedzieć i chyba warto przypomnieć, myślę, że większość tutaj akurat obecnych żyła w tamtych czasach, doskonale pamięta, ale takie, co będzie istotne dla tej prezentacji, gospodarka centralnie sterowana, czyli produkujemy dużo czegoś, co jest nikomu do niczego niepotrzebne i nie produkujemy dostatecznej ilości tego, co właśnie byłoby fajne dla pewnych dziedzin. W związku z czym musimy sobie radzić, no właśnie, z tego, czego jest za dużo. No i też o tym będzie troszeczkę opowieści. Ale słuchajcie, ten DI, a właściwie samoróbki nie zaczynają się stricte w samym PRL-u w okresie powojennym. Tak naprawdę pierwszym takim prekursorem myśli na zasadzie chcę zejść pod wodę w pewnym określonym celu to był profesor Józef Wojtusiak, który już w 1935 roku zbudował sobie taki oto hełm dzwonowy swojego własnego projektu i on w latach 30. Do praktycznie 1939 roku w tymże Chełmie wykonał kilkanaście, a być może nawet kilkadziesiąt nurkowań w Polsce i za granicą w celach badawczych. On był biologiem, badał sobie florę faunę podwodną, pięknie to opisywał.
Łukasz:
[2:44] Poza tym też w latach późniejszych zadawał się innymi rzeczami, bo był zoopsychologią, nie z interpolskich badań biologii właśnie morza, prekursor, generalnie jakaś tam ichtiologia i tak dalej. Facet zajmował się nawet pszczołami i pszczelarstwem, nawet taki podręczko pszczelarstwem napisał, ale nie o tym. Generalnie facet skonstruował sobie ten hełm, ale już dopiero w latach 50., jak się nie mylę, na łamach magazynu morze. Zaczął wychodzić taki magazyn, który wychodził najpierw przed wojną, potem po wojnie wznowiono i tam się zaczęły pojawiać pewne wzmianki na temat w ogóle dość szerzej nadmat nurkowania. I on tam pierwszy raz zaprezentował pewnego rodzaju projekt techniczny tego hełmu z zachętą, właśnie opisem dosłownie zróbcie sobie sami taki. Przepis był jasny, jak zlutować blachę, jak oprawić szkło, jak to zasilać. A mianowicie przepis był na to prosty, tak jak on zasilał to jeszcze właśnie w okresie przedwojennym, czyli pompką samochodową. Nie, ktoś z powierzchni go zasilał, oczywiście. Tak, dobre pytanie. I słuchajcie, na kanwie projektu Wojtusiaka i Chełmu Dzwonowego.
Łukasz:
[4:04] W roku 1952-1953 ekipa Starzyckiego i kolegów, grotołazów tatrzańskich, postanowiła wykorzystać projekt Wojtusiaka, ale poszli o krok dalej i połączyli to ze skafandrem, szczelnym połączeniem jak hełmy nurków klasycznych i w tymże oto pięknym dziele wykonanym jak głoszą przekazy z przelutowanej kanki na mleko oraz skafandrze wykonanym z gumy pozyskanej w sposób, no umówmy się, tak zwany kombinatorsko-znajomościowy ze zakładów produkujących dętki do traktorów, więc wyobraźcie sobie, jakiej to było sztywności, wykonano, uwaga, pierwsze polskie speleonurkowanie. Pokonano wtedy syfon z Wolińskich w jaskini zimnej w Tatrach i to było pierwsze pokonanie restrykcji wodnej w jaskini w Polsce. miało to miejsce właśnie w roku 1953. Tu mamy oryginalne zdjęcie, ubieranie nurka, łączność. Ciekawostka, tu widzimy wąż wykorzystany z maski przeciwgazowej, wzór 35 przedwojennej. Do tego wąża dodatkowo był dołączony dalej taki coś w rodzaju szlaucha ogrodowego i oczywiście zasilanie odbywało się jakżeby inaczej z pompki samochodowej.
Łukasz:
[5:30] Nie było wtedy sprzętu do nurkowania. Były aparaty tlenowe, tleniaki. Tak, tak, tak. Były aparaty tlenowe do nurkowania. To jest jeszcze okres, zanim w Polsce istniały akwalungi. O tym sobie zaraz powiemy.
Łukasz:
[5:45] Okej. Słuchajcie. Na kanwie tej fali, jeszcze takiej przed nurkowaniem skuba, tak jak to później było nazwane, pojawiały się pewne inne zachęty z perspektywy dziś, jak na to patrzymy, czyli maska wczółgazowa z rezerwuarem powietrza wykonanym z termofora. Do tego w odcinkach pan Żmudziński, Olgiert proponował zbudowanie pompy z wykorzystaniem, uwaga, zbudowania tłoków z puszek po farbie bądź też po konserwach, która miała wytwarzać to nawet w opisie. Zresztą jeśli sobie chcieli, to tu sobie możecie poczytać.
Łukasz:
[6:29] Można sobie dokładnie się zagłębić w te projekty, która miała wytwarzać coś około 0,7 atmosfery i były zachęty na zasadzie słuchajcie drodzy czytelnicy, budujcie i róbcie i w ogóle brnijcie. W to nikt się nie zastanawia, czy to będzie bezpieczne, czy to w ogóle zadziała,
Łukasz:
[6:49] ilu będziemy mieli potencjalnych denatów. Jednak przekazy mówią o tym, że co najmniej kilka osób w Polsce zbudowało takie urządzenia i nomen omen udało im się, nie dość, że przeżyli, to jeszcze bardzo miło wspominają te nurkowania i mówią, że wtedy pierwszy raz się zakochali w tym świecie podwodnym i to było w ogóle wspaniałe i z rozżywieniem wspominają mniej więcej tego typu sprzęt i pompy budowane z pompek rowerowych czy tego typu patenty. No ale słuchajcie.
Łukasz:
[7:19] Później pojawił się sprzęt troszeczkę bardziej nawiązujący, inaczej, kierowany do bardziej przeciętnego obywatela i prostego użytku, czyli sprzęt ABC.
Łukasz:
[7:34] Na tym się zabić trochę trudniej, chociaż dla chcącego nic trudnego.
Łukasz:
[7:39] I wtedy pojawiły się pierwsze przepisy. I to nie jest tak, że słuchajcie, to wymyślano na bieżąco w kraju. To były przedruki często pracy zagranicznej, Głównie brytyjskiej, amerykańskiej, czyli na przykład patenty, jak wykonać sobie samodzielnie płetwy, czy na przykład patenty na opracowanie fajek do nurkowania, przepis na fajkę do nurkowania. Jakbyście chcieli samodzielnie sobie wykonać fajkę do nurkowania, współcześnie może mamy materiały typu PCV, więc bierzemy prostą rurkę, zasypujemy ją w warunkach takich jak tutaj, byśmy wykorzystywali na przykład piasek w plaży, w warunkach domowych sól kuchenma najlepiej się sprawdzała, zatykaliśmy dwa końce, po co ta sól to po co? Bo następnie nagrzewamy to nad palnikiem, gniemy, sól ma spowodować niezałamywanie się materiału w miejscu zagięcia, następnie naszym jedynym problemem jest pozyskanie ustnika. Ustniki pozyskiwano z przedziwnych źródeł, m.in. Tutaj element, który posiadał jeszcze oczywiście przedłużenie fajki, więc mieliśmy fajkę z miękkim przegubem, ale słuchajcie, to jest jeden do jeden element urządzenia ustnikowego z takiego ratowniczego pochłaniacza dwutlenku węgla dla górników, tzw. POGA, O górnikach to bym mógł powiedzieć, dlaczego właśnie górnicy w ogóle byli pionierami w wymyślaniu tego typu rozwiązań. Nomen omen w latach 50-tych, 60-tych nurkowanie w Polsce dość mocno miało się na Śląsku.
Łukasz:
[9:06] Ale to taka ciekawost. Jak ktoś później będzie chciał zapytać, to dopowiem dlaczego. Słuchajcie, fajki, płetwy, no to i maski.
Łukasz:
[9:17] Maski przemysł zaczął nieśmiało produkować, ale tak jak wspomniałem, no jak na sklep, inaczej, przepraszam, sklep, składnicę sportową rzucili trzy egzemplarze, to one zanim się dobrze pojawiły na półce sklepowej one już były sprzedane. One właściwie były sprzedane spod lady. Więc posiadanie własnego okularu, jak to się wtedy fachowo nazywało, na przykład tam sobie później możecie obejrzeć, leży sprzęt, w którym jutro, być może wejdę nawet do wody, taka pierwsza model polskiej maski płetwo nurkowej, no to było nieosiągalne. Kombinowano. No i tutaj macie przykład maski wykonanej z dętki samochodowej odpowiedniego, czy odpowiednio czyści przyciętego szkła. Ten konkretny egzemplarz wykonany przez komandora Józefa Rembisza, późniejszego założyciela ojca polskiej dywersji podwodnej, założyciela właśnie Wydziału Działań, Dywersyjnych Marynarki Wojennej, czyli prekursorów dzisiejszej jednostki Formosa. Facet zakochany od dziecka praktycznie w nurkowaniu sobie takie rzeczy konstruował, ale nie był jedyny. W Muzeum Nurkowania w Warszawie posiadamy inne podobne przykłady takich rozwiązań, więc to nie były jednostkowe patenty. Na to też istniały przepisy, artykuły, których tutaj akurat nie przytaczam, ale musicie uwierzyć na słowo, były na to rozwiązanie i ludzie sobie w ten sposób radzili.
Łukasz:
[10:39] Zanim się pojawiły jeszcze sprzęty o obiegu otwartym, akwalungi, no to w zeszłym roku ci, co byli, to pamiętają mój wykład o tleniakach, taka moja osobista wielka jaźnia i miłość w nurkowaniu, czyli właśnie tlenowe aparaty.
Łukasz:
[10:55] Owszem, w nurkowaniu tleniaki pojawiały się, tak jak w zeszłym roku wspominałem, dzisiaj przypomnę, głównie ze świata gdzieś tam wojskowego, z demobilu, ale kombinowano i budowano samemu. I tu mamy przykład takiego aparatu zbudowanego przez Jana Wątrobińskiego, faceta urodzonego w Bytomiu, bardzo mocno związanego z wodą, kochał wodę od praktycznie urodzenia, był żeglarzem, sternikiem i płetwonurkiem. I tu jest przykład jego jednego z pierwszych sprzętów, który jest zbudowany z pozyskanych elementów aparatu górniczego, ratunkowego. Oczywiście gdzieś tam znowu na patencie wyniesionego z kopalni, więc worek oddechowy przeciwpłucowy, wykorzystany konkretnie z aparatu, cała armatura tlenowa z tego aparatu, przewody. Tak samo urządzenie ustnikowe było dość mocno przebudowane do tego był dobudowany, dolutowany skraber taka kamizelka która jednocześnie miała taką kieszeń od razu przeznaczoną na balaz więc zmyślne urządzonko działało właściwie to nawet trwają prace, żeby je ożywić może jeszcze będzie działać, współcześnie guma smoczkowa, budulec uniwersalny, co to była guma smoczkowa? Władłek, jak wspomniałem, gospodarka centralnie sterowana.
Łukasz:
[12:14] W okresie Polski Ludowej było takie nastawienie, dzisiaj troszeczkę do tego się próbuje wrócić, dzieci musi rodzić się jak najwięcej. No jak dzieci się rodzą, to później te dzieci trzeba pielęgnować. No i te dzieci muszą gdzieś spać, najlepiej w łóżeczku. A jak w łóżeczku, to na jakimś materacyku. No ale dziecko, wiadomo, tetrowa pieluszka to przesącza, więc wymyślono coś, co nazywało się gumą smoczkową. Sprzedawane w takich płatach na metry, guma dość rozciągliwa, cienka, grubości około milimetra i tego było od groma, można to było kupić w każdej składnicy, w każdym domu gospodarstwa domowego na metry.
Łukasz:
[12:55] Był tego wielki nadmiar, tym bardziej, że ta guma nie była jednorazowego użytku, więc jak ktoś to łóżeczko temu dziecku wyściełał tą gumą, to to służyło tam powiedzmy przez miesiąc, dwa, a ilość tego była ogromna. Więc znowu wspomniany Jan Wątrobiński między innymi, ale to nie był jedyny, to był standard, to jest przykład akurat, bo posiadamy w muzeum jego egzemplarz, robią one skafandry nurkowe. Coś w rodzaju suchych skafandrów nurkowych, bez tak zwanego wyrównywania ciśnie, czyli oczywiście nie mieliśmy możliwości doładować tego w żaden sposób gazem, pozwalało to nurkować na niewielkich głębokościach. Pod spód oczywiście zakładano swetry, kalesony, wełniane skarpety, przeróżne kombinacje i tak sobie radzono początkowo, jeżeli chodzi o kwestie skafandrów nurkowych. Ale niedługo potem pojawiło się coś, co nazywało się neoprenem z Krapkowic. W Krapkowicach opracowano metodę wytwarzania gumy porowatej, czyli czegoś, co dzisiaj nazywamy fachowo neoprenem. I słuchajcie, to niestety coś mi się brzydko nałożyło. No, jakiś błąd formatu.
Łukasz:
[14:01] Oczywiście przemysł znowu nie powiedział, że jest to genialny materiał na skafandry dla płetwonurków, no bo kurczę, jakich płetwonurków w ogóle tego nie potrzebujemy. My potrzebujemy wkładek do butów, my potrzebujemy do jakichś tam śniegowców, my potrzebujemy mat wygłuszających dla przemysłu i znowu Krapkowice sprzedawały tego ogromne ilości, o tyle to było fajne, że wystarczyło do nich napisać odpowiednio skonstruowany list, oczywiście podpierając się jakąś instytucją, na przykład właśnie klubami badań naukowych, jakimiś klubami nurkowymi, które już wtedy kiedy się zakładały i sprzedawali tego na metry i co zdolniejsi kleili z tego pierwsze skafandry, krótkie, zaraz pokażemy długie. No i przede wszystkim coś, czego w późniejszym nawet okresie, gdy już przemysł zaczął produkować pierwsze, znaczy mokre skafandry, czegoś, czego w ogóle nie było, czyli skarpety, buty i rękawice. Więc to właściwie do samego końca, do 1989 roku była manufaktura tych elementów.
Łukasz:
[15:00] Oczywiście budapryn, najlepszy na świecie. Tu dwa jeszcze przykłady właśnie z tego krapkowickiego neoprenu, skafandrów już bardziej zaawansowanych, znowu wytworzonych za, że tak powiem, naczelnictwem komandora Rembisza i ten konkretny egzemplarz, jego prywatna pianka posłużyła później dla zakładów przemysłu gumowego w Grudziądzu Stomil za pierwowzór stworzenia skafandra nurkowego Neptun, który później był już masowo produkowany, przede wszystkim oczywiście dla odbiorcy wojskowego, ale później, jak Paweł tutaj dzisiaj wspominał, trafiało to do klubów nurkowych za różnymi kanałami, więc przykład, że coś, co zrodziło się w głowie amatora, przeszło do ogólnego, do skali produkcyjnej i to w tamtym okresie. No ale słuchajcie, w roku około 1956 trafia do Polski pierwszy sprzęt firmy Las Pyrotechnik, firmy założonej przez Jacques’a Cousteau, założonej, ale podkreślam i to będę podkreślał, nie wynalazcy akwalungu, ale to sobie na koniec jeszcze podsumujemy.
Łukasz:
[16:18] Został zakupiony pierwszy egzemplarz i Paweł tu dzisiaj o tym wspomniał. Ten sprzęt trafił od razu pod lupę na deski kreślarskie. Został wynikliwie rozrysowany i co się z tym dzieje? Oczywiście część dokumentacji trafia do zakładów państwowych i mają się zgłosić chętni, którzy będą taki sprzęt produkowali oczywiście na potrzeby przede wszystkim wojska, potrzeby militarne, ale za pośrednictwem magazynu może. Takie artykuły się pojawiają i słuchajcie, to nie trwa długo. Już po miesiącu pojawiają się pierwsze wybryki z natury. No i przyjrzyjmy się im. Między innymi w klubie płetwonurkowym warszawskim takich automatów mamy w muzeum kilkanaście sztuk różnych. Każdy ma jakieś drobne, inne zmiany. Wszystkie z tych pierwszych egzemplarzy charakteryzują się wielkim inspirowaniem się automatem właśnie CG45, czyli tym podstawowym automatem, który wtedy przyjechał do Polski, więc tutaj nie było zdziwienia. A jak z prawami autorskie? Jakie prawa autorskie? Słuchajcie, ale nie wszyscy mieli dostęp do fajnych warsztatów, inni kombinowali na przykład już niestety świętej pamięci zmarłego pięć lat temu Jurka Jaczukowicza, może niektórzy znali z klubu Rekin, jednego z pierwszych płetfonurków takich cywilnych, nurkującego m.in. na barku Gustloffa.
Łukasz:
[17:47] Wspaniały, jeżeli chodzi o świat nurkowy, wspaniała postać. Zbudował sobie taki automat, słuchajcie, też opierając się gdzieś tam na konstrukcji CG, ale on poszedł na skróty i obudowę tego automatu wykonał z klaksonu samochodowego. Pasowało. Zawory z jakiegoś tam aparatu też strażackiego Dragera. Działało to świetnie. Jurek przez lata, jak zawsze że to opowiadał o tym automacie, to ze wzruszeniem mówił, że wykonał na nim swoje najlepsze nurkowania w życiu. Ale słuchajcie, automat Maczka.
Łukasz:
[18:20] Koledzy z Krakowa, z Peleolodzy wykonali sobie swoją wariację na temat automatu CG i tutaj moglibyśmy się rozwijać na ten temat dużo, ale chyba najważniejszą informacją oni poszli jeszcze bardziej na skróty i wykorzystali na obudowę automatu garnek menażkę aluminiową. Słuchajcie, ten automat jest taki Ta puszka tego automatu jest taka Taka była menażka, to taki sobie zrobili Dopasowali do tego membranę Dopasowali do tego resztę mechanizmu, Pomalwali pięknie na żółto Słuchajcie, ten automat Zaliczył kilkadziesiąt poważnych nurkowań Speleo w Polsce I być może za granicą też Na pewno pierwsze takie poważne Speleo nurkowania właśnie na obiegach otwartych Przy pomocy m.in. tego sprzętu.
Łukasz:
[19:05] Ale niektórzy próbowali w brandy. I między innymi taka słynna w świecie historii polskiego drukowania Leszek Nowicz opracował właściwie nie tyle sam konstrukcyjnie automat, co obudowę i nawet to obrandował jako nazwa własna automatu Rybitwa, LN, Lechnowicz, no więc są inicjały. Tych automatów powstało łącznie bodajże między 5 a 7 sztuk. Słuchajcie, widziałem trzy zachowane egzemplarze w kolekcjach. Każdy, jeżeli chodzi o wnętrze, jest inny. Po prostu Leszek Nowicz dostarczał elastomerowe obudowy i radźcie sobie sami. Więc coś z pogranicza, zrób sobie sam, ale z takim elementem, takiego właśnie brandowanego elementu customowego, żeby coś zacząć, prawda?
Łukasz:
[20:00] Wspomniany jeszcze raz Janek Wątrobiński, Pan od skafandra też stworzył własną wariację na temat automatu CG, i on sobie wymyślił swój własny osobisty, nie wiem jak to nazwać, brand, inicjały, z racji, że był Jan, no to był Jaś, z racji, że był zapalonym żeglarzem, osobą związaną w ogóle z wodą, więc trój ząb, no i miał oznaczony w ten sam sposób skafander, miał w ten sam sposób oznaczony swój własny automat. Jednostkowa sprawa. Ale żeby nie było, że robiono tylko bardzo proste automaty dwuwężowe i ciągle ten CGCG, czyli Custo Gaggen, pewien pan nazwistnie Gołąb w Tarnowie między innymi stworzył dość zaawansowany automat dwustopniowy, stopniach rozdzielony i znowu postawił go sobie nawet obrandować i wymyślił nazwę własną Bulbon.
Łukasz:
[20:55] Po Bulbonii. Zgadza się. Oczywiście, słuchajcie, automatów, pokazuję wam tu jakiś tam wycinek, przekrój, uwierzcie mi, automatów w Polsce praktycznie co województwo, co klub nurkowy, co jakiś tam jeden konstruktor, produkowano dziesiątki, jak nie być może setki. Każdy się czymś od siebie różnił, więc radzono sobie. A z czego to wynikało, co sobie jeszcze powiemy? Dość ważny element. Balast. Słuchajcie, ciężarki ołowiane, to pewnie wielu z Was pamięta, w klubach się jeszcze odlewało. Być może ktoś sobie do dzisiaj odlewa. Może ktoś ma formę i jeszcze gdzieś tam przy domowym grillu topi ten ołów i komuś chce w to bawić. Ale słuchajcie, największym takim elementem szpanu na nurkowisku to była dobrze zaprojektowana i samodzielnie wykonana klamra szybko rozpinalna do pasa balastowego. I znowu, co zdolniejsze ręce to bardziej finezyjne formy, bardziej przemyślane elementy przeplatania pasów, ale słuchajcie, nic nie robiło tak dużego wrażenia na kolegach na nurkowisku jak, no co tu dużo mówić, podpieprzona z samolotu klamra z pasów bezpieczeństwa. To było słuchajcie, no coś co budziło zachwyt kolegów.
Łukasz:
[22:19] Także pasy balastowe. Słuchajcie, noże nurkowe. Nóż to był kolejny element szpanu. Może niektórzy z Was kojarzą polskiej produkcji Gerlacha. No my wcale nie najgorszej stali noże NP1. Takie z piękną, żółtą rękojeścią. Najpoczątkowo plastikową, później aluminiową. No szał był na noże zagraniczne. A jedne z najfajniejszych w latach 70. Robiła hiszpańska firma Nemrot. jeden taki nóż pojawił się w Warszawie właśnie w Warszawskim Klubie Nurkowym nie trwało to słuchajcie dwóch dni a kolega który pracował na warsztatach właśnie fabryki FSO stwierdził że ma takiego magika od stali nierdzewnej i chwilę później powstawały już klingi opracowano formę, lano z tekstolitu rękojeści, za chwilę pół Warszawy miało oryginalne nemrody handlowano nimi na całą Polskę Lepszy otoczny. Być może.
Łukasz:
[23:23] Słuchajcie, poważniejszy sprzęt, sprzęt nierniczy. Na dole oryginalny głębokościomierz model Z30, dość popularny z lat 60-tych głębokościomierz firmy Las Piro Technic. I znowu wspomniany Stefan Choiński z właśnie FSO wykonał serię replik tego, nie wiem, replik, kopii, nie wiem jak to nazwać, tego głębokościomierza. Spójrzcie na tą finezyjną tarczę, która wygląda jak licznik z Warszawy. Po prostu widać jaka ręka to robiła. Posiadam osobiście, prywatnie w kolekcji jeden z tych głębokościomierzy. Powstało też kilka sztuk. I słuchajcie, w porównaniu z tym, jak się dwa weźmie w odwodę.
Łukasz:
[24:09] Słuchajcie, tu jestem na pięciu, tu jestem gdzieś na… Czasem na jednym, czasem na piętnastu. Ale był. Pytanie, znowu, jak nurkowaliśmy zawsze z jednym głębokościomierzem, jakiś punkt odniesienia mieliśmy. Oczywiście głębokościomierzy produkowano dużo więcej. Najbardziej popularne, pewnie z Was niektórzy kojarzą, tak zwane głębokościomierze kapilarne, najprostsza rzecz. Taka podstawowa forma wykonania samodzielnego głębokościomierza kapilarnego to było zdobycie ruskiego krążka hokejowego, następnie odpowiednie przycięcie go na pół, wydrążenie, oklejenie, wykonanie skali, wsadzenie kapilary, jakiś pasek. Także takich głębokościomierzy było chyba najwięcej. Ale chciałem wam pokazać taki tutaj bardziej przykład skomplikowany. Okej. Zanim nastała groza, kto z was pamięta latarki groza?
Łukasz:
[25:03] Słuchajcie, o nich nie będę wspominał, ponieważ to są już chyba nawet, nie chcę skończyć, ale początek lat dwutysięcznych. Kiedyś był taki fajny magazyn Nurkowanie i tam się pojawił taki projekt karnistrowej latarki groza. A ja wam chcę pokazać jak sobie radzono zanim powstała ta groza, czyli takie DEI już dość późne i to jest jedna z pierwszych latarek nurkowych wykonanych w Polsce, która była wzorowana na latarce znowu francuskiej firmy Laspirotechnik modelu Aqualux, który jeden egzemplarz pojawił się w warszawskim klubie nurkowym i koledzy wzięli tego Aqualuxa na warsztat, rozkręcili na kawałki.
Łukasz:
[25:41] Postanowili zrobić trochę większą, większy reflektor i słuchajcie, wszystko zrobili dokładnie tak samo. Złożyli tą latarkę, wsadzili baterię, latarka nie świeci. Co jest? Jeszcze raz ją rozłożyli. Tą drugą też. Porównują. Pomiary. Sówmiarka. Wszystko się zgadza. Nie świeci. Dopiero po jakimś czasie przyszedł taki bardziej doświadczony kolega, elektryk. Słuchajcie, mniej więcej w tym miejscu tu jest taka uszczelka z takiego gumowego pasa w środku, w tej latarce. Oryginalnej, w tym Aqualuxie. była taka uszczelka gumowa. Wygląda to jak zwykły kawałek paska gumowego. Tylko ten kolega to wziął do ręki i na wagę mówi, słuchajcie, to coś jest z tym nie tak. Zaczęli to tam trochę ugniatać. Okazało się, że w tą gumę była zatapiona specjalna siatka miedziana, która stwarzała przewodnictwo w odpowiednim ułożeniu latarki. Dopiero ich oświeciło, że to tak nie będzie działać. No i musieli później grubo kombinować, jak obejść opcję zatapiania czegoś takiego. W taką gumę nie mieli na to możliwości. I tam później wymyślono po prostu taką nakładką miedzioną, do którego działało.
Łukasz:
[26:53] Ale wspominamy czasy wielkiego kombinatorstwa. Istniały sobie, a właściwie istnieją do dzisiaj zakłady wytwórstwa sprzętu górniczego i lamp górniczych FASER w Tarnowskich Górach. One w latach, pod koniec lat 60. dostały od wojska zlecenie Macie nam opracować latarkę wodoodporną na potrzeby wojska nurkową. No i opracowano taką oto latarkę.
Łukasz:
[27:18] Chwilę potem na rynku zaczęły się pojawiać takie oto latarki, które nie powstały w tej fabryce do końca ponieważ to były prefabrykaty bokiem wynoszone latarek i tak jak widzicie oryginalne latarki posiadały swoje własne numery, MW, numer narkowojna numer inwentarzowy, czy tam numer własny latarki, a tu jak widzimy latarka jeszcze dla niej poznaki w ogóle poniklowana, żeby nie zwracała za bardzo uwagi i takich latarek też prawdopodobnie trochę egzemplarzy powstało, no niestety tutaj dokładnie nie wiemy kto je produkował, ale prawdopodobnie jakiś pracownik Tarnowskich Gór, który w piwnicy po godzinach tak sobie dorabiał.
Łukasz:
[27:56] Ale jak ktoś był bardziej zdolny, a tu warto w ogóle powiedzieć, słuchajcie, tu już dzisiaj kolega Paweł wspomniał, że, stalowe psychiki, stalowe organizmy i jeszcze jedna rzecz, o której w sumie warto wspomnieć, wtedy do nurkowania w związku z tym, że to był taki, bardzo doborowy sport, garnęli się ludzie, nie chciałbym tego nazywać jakimiś wyższymi warstwami społecznymi, niemniej ludzie, którzy mieli sobą coś do zaprezentowania, więc często to byli studenci na przykład kierunków różnych inżynierskich, a przynajmniej, statystycznie w klubie nurkowym co najmniej dwóch takich było. I słuchajcie, ci gości wiedzieli jak na przykład formować czy to wtryskowo, czy grawitacyjnie, aluminium i potrafili wykonywać no już takie dość finanzyjne reflektory dużych mocy, które wyglądają jak, no ten w szczególności, jak to jest zaawansowane produkcje, być może nawet zachodnie, a to było wykonane w jakimś tam znowu przydomowym garażu gdzieś pod Warszawą.
Łukasz:
[28:53] Słuchajcie, wspomniany dzisiaj Witold Zubrzycki, wielki nestor płetwo nurkowania w Polsce, ale przede wszystkim w późniejszym też okresie wielki miłośnik i ojciec polskiej fotografii podwodnej.
Łukasz:
[29:05] W momencie jak tylko zaczął nurkować i promować to nurkowanie, zaczął promować fotografię podwodną. Tylko, że sprzęt do fotografii podwodnej dzisiaj, jak wiemy, jak ktoś bardzo się uprze, no to możemy sobie kupić i jakieś Nauticamy i inne poważne sprzęty. Jak ktoś chce trochę mniej poważnie, to można go Pro Hero i też będzie bardzo dobrze, jak umie się tym posługiwać. Wtedy posiadanie zwykłego aparatu fotograficznego to już było coś poważnego, więc zabranie go pod wodę wymagało naprawdę dużych nakładów zaparcia, umiejętności inżynierskich. Witold Zubrzycki na łamach m.in. magazynu Morze czy też swoich książek proponował taką miękką obudowę, która jak się domyślamy do dużej głębokości nie wystarczyła raczej jakiejś płytki, litoral. Ale później zaczęły powstawać już bardziej zaawansowane konstrukcje jak pojawiło się dość szerzej dostępne na rynku materiały takie jak na przykład plexiglas konstruowano na przykład takie dość już rozbudowane obudowy w tym wypadku konkretnie przystosowano do aparatu średnioformatowego Start więc 12 kladek na pokładzie ale świetnej rozdzielczości, może jedno zdjęcie wyszło.
Łukasz:
[30:26] Ale znowu, tutaj macie cały artykuł, to już są lata osiemdziesiąte, na łamach młodego technika w dziale na warsztacie pojawił się przepis, jak na podstawie czegoś, co było łatwo dostępne, a mianowicie pakietowy wyłącznik Łuk-4013. Zapytacie mnie, do czego on służył? Ja nie wiem, obstawiam, że do jakiejś hiper wielkiej betoniarki przemysłowej, ale można to było dostać na składnicach narzędziowych był bardzo dokładny przepis jak wykonać sobie taką obudowę właśnie na bazie tego pakietowego włącznika i taką obudowę też mamy jedną w muzeum konkretnie, no ja to dopiero kiedyś się zetknąłem z tym artykułem zrozumiałem z czego to jest zrobione, że tu są te cechy wspólne tego projektu.
Łukasz:
[31:16] Ale byli też bardziej zaawansowani koledzy ale słuchajcie, to już wymagało dojścia do pewnych poważniejszych warsztatów. Kolega Artur Kozłowski, który był technikiem lotniczym na Okęciu i pracował z poważnymi maszynami jak samoloty między innymi IW-62M. Po godzinach wynosił sobie różne elementy i zbudował na przykład sobie taką finezyjną obudowę do aparatu Smiena, która miała między innymi właśnie wykorzystane reflektory lotnicze, cała obudowa jest wykonana z aluminium lotniczego i tam podobno w tej obudowie, z tego co nam Artur opowiadał, takie dobre 80-90% budulca pochodzi konkretnie gdzieś tam właśnie z części zapasowych, może inaczej, części poresursowych właśnie spłatowców typu Ił, na których pracował.
Łukasz:
[32:12] No ale fotografia to nie tylko aparaty fotograficzne, to oczywiście flesze, inne rzeczy, ale przede wszystkim też pracowaliśmy na materiałach światłoczułych w tamtym okresie, więc światłomierze. Najprostszy przepis taki właśnie z zakresu zrób sobie sam, z jakim się spotkałem w pewnej ruskiej książce o fotografii podwodnej, to było wzięcie po prostu zwykłego światłomierza selenowego, zamknięcie go w słoiku. Słuchajcie, spróbowałem. I działa. Wystarczy gdzieś go tam, jakąś kawałkiem gąbki w tym słoiku unieruchomić. Następnie do słoika można było, tak jak tutaj w tym wypadku, wepnąć sobie kartkę z pewną skalą, ze wskazaniami stałymi światomierze, bo nie mieliśmy możliwości obrotu na światomierzu, czyli używania tego kalkulatora. Musieliśmy mieć kalkulator w postaci tabelki i tak sobie radzono. I tu macie takie rozwiązanie właśnie, trochę jak ten słoik, tylko bardziej zaawansowane, czyli znowu pleksiglas, jakiś cyjanoakryl, ale spójrzcie na tą obudowę. Ona też jest wykonana samodzielnie. Tu jak widać też światomierz właśnie jest selenowy. No i tu już była wyższa inżynieria, to wszystko jest ruchome, to wszystko działa i to wszystko też powstało w jakimś czyimś garażu.
Łukasz:
[33:22] Słuchajcie, jak nurkowano, to się w pewnym momencie zastanawiano, co pod tą wodą można robić. Pod wodą można robić różne wspaniałe rzeczy, ale w pewnym momencie rozwój pewnego poszukiwania pod wodą pewnych artefaktów. Nie chciałbym tego na razie jeszcze nawet nazywać archeologią pod wodą. Archeologia podwodna troszeczkę kierowała się w tamtym okresie innymi prawami. Archeologia podwodna, w ogóle to wąz z doświadczeniem mogę powiedzieć, dopiero całkiem niedawno przekonała się takiego urządzenia jak wykrywacz metali. I zrozumiała, że to jest dobre urządzenie i warto się na nim opierć. Ale te kilkadziesiąt lat temu wykrywacz metali to było raczej urządzenie przewidziane albo do dość płytkiego grzebania w ziemi, ale nawet wtedy tak o tym nie myślało. Raczej technicznie, szukania kabli w ścianach, ale na kanwie takich projektów, które w młodym techniku się pojawiały, koledzy budowali takie oto urządzenia, które były uszczelnione i pozwalały na pracę właśnie pod wodą.
Łukasz:
[34:18] W różnych celach, czy to prac podwodnych, czy poszukiwania potencjalnych skarbów. I słuchajcie, moja ulubiona opowieść przy tym wykrywaczu zawsze, no jak widzicie, rura z górnospółka, tak? Więc słuchajcie, działało. Ale budowano też bardziej zaawansowane, już techniczne urządzenia przeznaczone do prac podwodnych, też samodzielna budowa małego wykrywacza ręcznego do poszukiwania instalacji kabli podwodnych na pracach podwodnych. Wtedy nurkowie sobie z klubów dorabiali, najmowali się przy różnych pracach podwodnych, hydrobudowach.
Łukasz:
[34:56] Więc takie urządzenia musieli skądś pozyskiwać, a że w handlu, tak jak wspomniałem, niekoniecznie takie rzeczy były, a już na pewno nie dla cywilnych nurków z klubów, więc kombinowali. A że mieli na pokładzie inżynierów, to budowali takie cuda.
Łukasz:
[35:12] Paweł dzisiaj wspominał o obozach, w sumie nie wspomniał nic o zawodach nurkowych. No my tu dzisiaj, prawda, tegoroczna kulka jest pod, próbuje być pod hasłem zawody nurkowe. Kiedyś była taka inwencja, te kluby nurkowe się między sobą ścierały na łamach różnych konkurencji. Tu Paweł dzisiaj troszeczkę opowiadał, jakie tam były przynajmniej może nie tyle konkurencje, co ćwiczenia, prawda, w trakcie tych obozów nurkowych, ale też te konkurencje na zawodach często opierali się po prostu o jakieś umiejętności płetwo nurkowe, ale później poszukiwano. No i między innymi jedną z takich konkurencji międzynarodowych było pływanie sprzętowe na duże odległości, tak zwane sprint pływania i w celu takich pływań płetwo nurkowe wykonywali sobie samodzielnie płetwy do szybkiego pływania i tutaj praktycznie to znowu była sprawa honoru, żeby taki zawodnik posiadał płetwy stworzone pod siebie. Zgodnie przede wszystkim, oczywiście tam już nie mówię o takich kwestiach jak rozmiar, dopasowanie tej płetwy, ale miękkość pióra, siła kopnięcia. W późniejszym okresie dzisiaj dość już popularny sport pływania w monopłetwie, tak samo wytwarzano takie rzeczy praktycznie samodzielnie od zera. Tego w handlu nie było. To były konkurencje wymyślone.
Łukasz:
[36:38] Jako oddolna inicjatywa. Będąc przy zawodach jeszcze kolejna konkurencja. No tak ciągle się tutaj zamierzamy. Może kiedyś zrobimy to w takim wymiarze jak w przyszłości, czyli pływanie nawigacyjne.
Łukasz:
[36:53] Kompas na ręku to byłoby za mało. Posiłkowano się poważnymi pulpitami nawigacyjnymi, które oczywiście prócz kompasu posiadały tak zwany log, czyli urządzenie, na przykład w tym wypadku mechaniczne przy obrocie śruby pod wpływem, prądu napływającej wody podczas płynięcia odmierzało nam odległość na podstawie tego byśmy w stanie odmierzać konkretne odcinki a z latami pojawiły się logi elektroniczne, to też jest samodzielna budowa, a w tym wypadku kompas, busola typu KI szybowcowego takiego, więc znowu troszeczkę świata lotniczego słuchajcie, na koniec, wspomniałem, że już pomijając historię Jacques’a Cousteau, że on był takim troszeczkę Edisonem w nurkowaniu w nurkowaniu.
Łukasz:
[37:42] Ten akwalum razem z tym Gagenem, a tak naprawdę to użyli patentu zupełnie silnego urządzenia z roku 1928. Nie o tym jest historia. Historia jest o tym, że niejaki Leszek Suchy, człowiek, który urodził się i pierwsze swoje drukowania wykonował całkiem niedaleko stąd, bo w Olsztynie właśnie, w klubie, później w Skorpenie, czyli tutaj Paweł, Paweł doskonale zna tą postać, faceta, który później był konstruktorem takich, konstrukcji jak właśnie PR-27 Cayman czy Automat Marlin, czyli coś, co starzy nurkowie znają bardzo dobrze i wspominają niektórzy z drgawkami i z jakimś tam rozrywieniem. Słuchajcie, facet w roku 1955 konstruuje sobie oto taki zestaw butlowy i bazą podstawową tego.
Łukasz:
[38:37] Aparatu nurkowego są dwie butle pozyskane z katastrofy lotniczej, czyli z instalacji powietrznej samolotu MiG-15, konstrukcji czochosłowackiej licencyjnej, który rozbił się pod Olsztynem. Jak Leszek Suchy wszedł w posiadanie butli z wojskowego myśliwca, który się rozpieprzył chwilę wcześniej na lotnisku pod Olsztynem? Ja nie wiem. Tego nam nie chciał zdradzić. Ale na ów lotnisku pod Olsztynem, które wtedy było zajmowane też między innymi przez wojsko, było małe złomowisko. To było lotnisko przedwojenne jeszcze poniemieckie. Tam w tym złomie znalazł elementy niemieckiego myśliwca. Z ów myśliwca wymontował reduktor instalacji tlenowej z aparatu właśnie takiego tlenowego dla pilota i wpadł na pomysł, że gdyby to odpowiednio dopasować, czyli nawiercić otwory, to ta membrana powinna pracować dość mniej więcej tak jak na powierzchni, czyli dozować zgodnie ze zmianami ciśnienia pod wodą powinno to działać. I co jest dość istotne, 29 maja Leszek Suchy zjawia się w Warszawie. Facet wyjechał do Kanady w latach 70-tych, wyemigrował. W Polsce nie został za bardzo jako konstruktor doceniony po tych dwóch wspaniałych konstrukcjach jak Cayman, Marlin.
Łukasz:
[39:55] Jakoś nie widział dla siebie dalej tutaj kariery. Wyjechał do Kanady w Kanadzie. Słuchajcie, zrobił wielką karierę. Był konstruktorem systemów nurkowych, konstruował dzwony nurkowe ratownicze dla przemysłu wydobywczego, kanadyjskiego, więc facet o ogromnym potencjale. Tak czy inaczej u schyłku, podejrzewam, no co tu dużo mówić, niestety pan 86 lat, więc raczej bliżej niż dalej, przyjechał do Polski, odwiedził Muzeum Nurkowania w Warszawie, tam przedstawiliśmy mu właśnie…
Łukasz:
[40:28] Ten jego wynalazek sprzed lat, który posiadamy w kolekcji. Faceć się strasznie wzruszył. No i zadaliśmy mu bardzo proste pytanie. Mówimy, panie Leszku, no wspaniała konstrukcja. Pan to tak sobie tutaj zbudował, pracował, pan sobie tak z tym nurkował. Później na łamach magazynu Morze pana opublikowano. Tu już rozumiecie, nie święci garnki lepią. Stąd nazwa tytułu, tak ładnie przypasowało. Pytamy go, zbudował pan to tak ładnie, to co? Sugerując się tym artykułem z 56 roku. Tu już to nazwano aqualungiem. W 56 roku pojawia się sprzęt w Polsce już francuski. Więc tak mu to przypasowali. Pytamy, wzorował się pan Jacques-Yencousteau. On wstał i bardzo stanowczym głosem powiedział, słuchajcie, ja w 55 roku nie miałem zielonego pojęcia, to co jest Jacques Cousteau. Ja sobie zbudowałem ten sprzęt, bo mi tak pasowało. I do nas wtedy doszło, że to jest coś, co się w ogóle w badaniu historii nazywa, tam bodajże teorią o plemieniach izolowanych. Wiecie, o czym mówię.
Łukasz:
[41:33] Badania archeologiczne, jakieś tam wyspa A, 10 tysięcy kilometrów, wyspa B i znajdujemy oszczepy czy tam kiścienie do polowania na ryby, one wyglądają mniej więcej tak samo. Wychodzą mniej więcej z tego samego okresu. Nie wiem, słuchajcie, może jakaś energia z kosmosu, ale facet, no co prawda parę lat po opatentowaniu przez Kusto, ale nie mając pojęcia o patencie, wpada na podobny patent.
Łukasz:
[42:00] I tym pozytywnym akcentem w sumie mógłbym zakończyć i dodać, że słuchajcie, jeżeli ktoś ma jakiś pomysł w naszej branży nurkowej, warto go rozważyć. Być może warto wykonać jakiś prototyp, jeżeli mamy możliwość. Jeżeli oczywiście czujemy się na siłach, możliwościach, jest to bezpieczne. I nawiązując do Leszka Suchego, być może później i warto to opatentować. No to ja dziękuję za uwagę. Dziękujemy za wysłuchanie odcinka. Każde odtworzenie, każde udostępnienie, polubienie czy komentarz to dla nas bardzo cenne wsparcie. A jeśli podoba Ci się nasza twórczość, możesz wesprzeć nas w serwisie Patronite. Mamy nadzieję, że zechcesz przyłączyć się do współtworzenia spod wody i dorzucić swoją cegiełkę do tego projektu.