„Polski Cousteau”? Brzmi dumnie, ale to nie fikcja – to Witold Zubrzycki, pionier, który wprowadzał do Polski nowoczesny sprzęt i pierwsze kursy instruktorskie. W dzisiejszej rozmowie z Pawłem cofniemy się do lat 50. i 60., kiedy Akademicki Klub Płetwonurków Skorpena dopiero się rodził, a nurkowie z aparatem „Mors” czy „Kajman” mierzyli się nie tylko z zimną wodą, ale i z brakiem sprzętu. Paweł, z ponad czterdziestoletnim doświadczeniem, zabierze nas w podróż od Morskiego Oka po koło podbiegunowe, wspominając pierwsze obozy, żelazne zasady selekcji i ducha drużynowego, który cementował przyjaźnie na całe życie. Porozmawiamy o determinacji, odwadze i tym, jak nurkowanie w Polsce ewoluowało od pionierskich eksperymentów do powszechnie dostępnej pasji.

Obejrzyj odcinek

Przeczytaj podcast

Paweł:
[0:15] Nurkuję już ponad 40 lat. Miałem możliwość zacząć w czasach, kiedy wszyscy nurkowali na pinsetach, czyli powszechnie obsługiwane nurkowania

Paweł:
[0:29] były przez aparaty typu Mors i Kajman. Potem przeszliśmy na zestawy jednobutlowe, które były szczytem techniki, a w tej chwili wracamy znowu do zestawów dwutlowych, połączonych, rozłączonych. Cały czas jestem aktywnym płetwonurkiem, jestem członkiem podkomisji naukowej, zajmujący się badaniami podwodnymi.

Paweł:
[0:52] Takim moim nurkowym największym osiągnięciem było to, że przez kilkanaście lat pracowałem z akręgiem polarnym w sezonach nocnych w Norwegii. Także jak ktoś tutaj chce mówić o zimowych nurkowaniach, to ja się zawsze śmieję, że te godzinne nurkowania to jest powiedzmy mała betka.

Paweł:
[1:14] Zanim bym zaczął o historii nurkowania w ogóle mówić, to chciałbym troszeczkę takiego wstępu zrobić. To jest polski Jacques Cousteau, nie wiem czy większość Was słyszała powiedzmy o Witoldzie Zubrzyckim. Gościu, który dożył 103 lat i to był człowiek, który rozpoczął erę nurkowania swobodnego w Polsce, ponieważ jako pracownik naukowy w Sopocie ściągnął w 1955 roku, gdzie to było po prostu sprzęt, jakbyśmy teraz najnowocześniejszy sprzęt ściągnęli, trzy zestawy butlowe firmę, dla spirotechnik, ze skafandrami Focka, która powiedzmy w książce Kariny Kowalskiej wiele tych elementów jest leci i nie dość, że powiedzmy ściągał ten sprzęt, zaczął popularyzować w Polsce nurkowanie swobodne i to nurkowanie powietrzne, ponieważ istniało nurkowanie powiedzmy na tleniakach, które zbierało mnóstwo ofiar.

Paweł:
[2:20] A on powiedzmy raz, że powiedzmy zaczął robić to w ten sposób, że w magazynie takim miesięczniku może, które co miesiąc wychodziło.

Paweł:
[2:36] Pisał nowinki w płetwach, czyli powiedzmy informacje dotyczące nurkowania i to w tamtym czasie były jedyne elementy dostępne. Wyobraźcie sobie, że potrafili nawet w takim morzu wsadzić schemat, jak wyglądał aparat z pirotechnika, powiedzmy ten pierwszy stopień i tam gdzieś tam w warsztatach próbowano zrobić. Był też autorem, ponieważ znał parę języków, napisał trzy książki. Co prawda jego podręcznik o nurkowaniu nie był pierwszym, wyprzedził go inny pan, natomiast pierwszą książkę na temat fotografii podwodnej właśnie on zrobił i też brał udział w pierwszych zawodach, to znaczy w kursie instruktorskim, nie wiem, coś słyszałem. Zaczekajcie. Coś włączyłem. Chyba poproszę o pomoc techniczną.

Paweł:
[3:37] Proszę. O właśnie, właśnie, właśnie. Właśnie, właśnie. Tu jest Pan Witold w tych okularach i powiedzmy jego zdjęcia trafiły też między innymi do najbardziej poczytnego wtedy tygodnika Przekrój. Pan ma silozatyczki. Proszę. No tak, no ale to wiele rzeczy powiedzmy. No i on też, pierwsze te nurkowania powiedzmy swobodne w takim wydaniu to były preferowane powiedzmy nurkowania naukowe. To byli powiedzmy naukowcy, którzy zaczęli w tym i oni próbowali pokazać powiedzmy innym chodzącym ludziom, że jest taki sprzęt, że można nurkować. Między innymi zrobili pierwszy wyjazd na Morskie Oko i to był też pierwszy taki, powiedzmy, nurkowanie badawcze, bo zbierano glony z 20 metrów i w ten sposób robić.

Paweł:
[4:37] Ponieważ ja pochodzę z Akademickiego Klubu Płetwonurków Skorpena, klub, który datuje się założeniem w 1958 roku, ale tak naprawdę to Akademicki Klub Płetwonurków Skorpena jest spadkobiercą naukowego koła badań podwodnych, które powstał na Wyższej Szkole Rolniczej już w 1957 roku. I jest to jedno z pierwszych miejsc, gdzie zaczęto nurkować sprzętowo. To jest pokaz, jak kolega Mariusz Janowicz zbudował sam pierwszy tleniak. Pochłaniacz był z dętki po piłce jakiejś i potrafił powiedzmy przez 15 minut w pobliskich jeziorach nurkować. Ten sfer służył jako skafander i tak zaczęła się historia nurkowania w Olsztynie. Natomiast ono było dosyć specyficzne, bo zaczęło się zajmować powiedzmy wszelkiego rodzaju badaniami naukowymi i służyło jako element zarówno i turystyki i zabawy, ale z drugiej strony służyło do powiedzmy badań naukowych.

Paweł:
[5:48] Pierwszy kurs instruktorski, ponieważ sobie wyobraźcie, że do 1959 roku nurkowanie zaczęło się w 1955 roku. W 1956 roku powstał pierwsze dwa kluby, warszawski klub Kłedwonurków, a potem drugi klub, który powstał w Poznaniu. I te dwa kluby nas założyły dzisiejszą Komisję Działalności Podwodnej, ponieważ w tamtych czasach teraz możemy sobie założyć stowarzyszenie, firmę i już prowadzimy działalność gospodarczą. a wtedy trzeba było mieć jakąś tam nakrywkę polityczną.

Paweł:
[6:20] No i najbardziej taką neutralną politycznie, powiedzmy, organizację, na jaką wtedy ci ludzie wpadli, to było Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, ponieważ istniało na przykład Himalajzm, Grotołazi, czyli rodzaj turystyki takiej specjalistycznej, więc myślą sobie, że nurkowanie będzie i znaleziono powiedzmy w obrębie PTT-ku tą czapę taką ideologiczną. W tym czasie też zaczęło wojsko kombinować, natomiast wojsko tak naprawdę dopiero na początku lat 60. Założyło LOG, czyli Liga Ochrony Kraju i zaczęto tam tworzyć sekcję płetwonurków, a ci płetwonurkowie i te kluby stanowiły takie zaplecze powiedzmy szkolące dla kadry, dla wojska. I oczywiście zawsze w takim klubie siedział pan podpułkownik, o który o wszystkim decydował. Oni rzeczywiście mieli sprzęt produkcji polskiej czy radzieckiej, mieli siedzibę, ale za to płacili, że na przykład przez trzy tygodnie taki instruktor musiał jeździć do jednostki lokowskiej, szkolić rezerwowych, którzy szli do wojska, żeby stać potwórkami. W PTT-ku było całkiem inaczej.

Paweł:
[7:31] I o tyle było to fajne, bo w 1956 roku, jak powstały te dwa kluby i założono tą taką pierwszą Polską Federację Nurkowania, w następnym roku już było ich osiem i zaczęło przybywać, ale to też nie było olbrzymie ilości tych płetwonurków, bo słuchajcie, w 1959 roku licencjonowanych płetwonurków w Polsce było niecała setka.

Paweł:
[7:56] O wiele więcej było himalajstych i grotołazów, z czego jak doczytałem się, to w 1959 roku spośród tej setki już trzech zdążyło się utopić powiedzmy na tleniakach. No to 3% śmiertelność i Zubrzycki pisał, żeby uważać, żeby ten, między innymi nurkowanie ten. Pierwszy kurs instruktorski, pierwsi instruktorzy nurkowania swobodnego w Polsce To był 57. Rok i powiedzmy spośród siebie ci najbardziej zaawansowani podpunikowie sami sobie wydali, powiedzmy, stapnie instruktorskie, wymyślili sposób szkolenia i w ten sposób się zaczęło. Tutaj na tych fotografach widzicie, nie wiem czy cofnę, drugie i jedno z największych kursów instruktorskich, które nomen omen w 59. Roku odbyły się w Olsztynie na jeziorze Łukiel i spośród naukowego koła badań podwodnych sześć osób uzyskało uprawnienia instruktorskie, z czego dwie pierwsze dziewczyny. No i jedna z nich, zobaczcie na tym sprzęcie, to są lata nie ma mowy o żadnych powiedzmy elementach piankowych czy gdzieś. No i.

Paweł:
[9:06] Tak wyglądało ponad 50 osób. Oczywiście w dawnych czasach nie było tak, że się zapłaciło za kurs, czy za kurs instrukorski się ten instrukorski miało. Pamiętam, przemiał chyba był 1 do 4, czyli duża ilość nie tak. Tak wyglądały pierwsze dokumenty. Słuchajcie, pierwsze dokumenty wyglądały, bo były takie czasy, że jak się chciało popływać, to trzeba było mieć kartę pływacką. Chciało się pojeździć rowerkiem, to karty tam, to była karta płetwonurka i tak wyglądały karty płetwonur, nie wiem, zaczekajcie, tak wyglądała pierwsza legitymacja instruktorska, a potem pierwsze książeczki.

Paweł:
[9:50] Które były wydawane przez Komisję Działalności Podwodnej, one były powiedzmy dwujęzyczne. O tyle to było dobre dla polskiego nurkowania, że Komisja Działalności Podwodnej w 1959 roku została zaproszona do tworzenia się pierwszej powiedzmy pro-europejskiej takiej federacji, która bardzo szybko stała się federacją pierwszą powiedzmy ponadnarodową, jakim był CMAZ. W 1959 roku delegat pojechał. Oczywiście nie zostaliśmy od razu członkami, bo okazało się, że trzeba było 100 dolarów zapłacić członkostwa i, Wierzbicki wtedy musiał pojechać do Paryża do ambasady po paru telefonach z Warszawy i tam dostał 100 dolarów i zawiózł, zapłacił. W każdym razie był sekretarzem z prawem głosu.

Paweł:
[10:44] I tak zaczęło się powiedzmy szkolenie. No Cmas miał pomysł taki, bo wtedy było powiedzmy świeżo po wojnie i ludzie sobie zdali, że wszelkiego rodzaju powiedzmy podziały, kombinowanie, tworzenie federacji powiedzmy krajowych czy gdzieś to jest powiedzmy nie jest dobre i Europa po prostu dostała bolesny cios w trakcie II wojny światowej, że nacjonalizm po prostu to wszystko wywołał II wojnę światową, więc postanowiono stworzyć po prostu system nurkowy. W danym kraju dane federacje krajowe miały szkolić, ale w takim systemie powiedzmy, który był ogólnie przyjęty w Europie. No i uprawnienia wydane w jakimś kraju były honorowane winnym. To pozwoliło polskiemu nurkowaniu, że mieliśmy cały czas kontakt z Zachodem, wszystkie nowinki, oczywiście te nowinki przychodziły w innej formie, natomiast powiedzmy takim cieniutkim strumieniem.

Paweł:
[11:46] Niemniej jednak powiedzmy byliśmy w tym komunistycznym, powiedzmy za żelazną kurtyną, jedyną federacją w Europie powiedzmy wschodniej, która miała uprawnienia międzynarodowe, także jeżeli nam jako studentom się gdzieś udało wyjechać z tą książeczką, to byliśmy tam o traktowani jak Francuzi, Włosi, czy powiedzmy w tym. I z drugiej strony dzięki kontaktowi Komisja Działalności Podwodnej utrzymywała i te standardy naprawdę były duże.

Paweł:
[12:17] Zacznę może od historii szkoleń, te szkolenia bardzo szybko, bo pierwszy obóz nurkowy, który WKAP zorganizował w 1956 roku w Krzyżach nad

Paweł:
[12:26] Jeziorem Nickim, natomiast ten system bardzo długo się utrzymywał. W Komisji Działalności Podwodnej on praktycznie do roku 2000, natomiast PADI, które zaczęło pod koniec lat 90. Wchodzić, wprowadziło ten system znany, weekendowy. Natomiast kiedyś zdobycie uprawnień nurkowych było drogą przez mękę i ograniczone było do powiedzmy kilku tysięcy płetwonurków w kraju. Ktoś jak mówił, że jest płetwonurkiem, to było już wiadomo, że to jest gościu, który się wody nie boi. Fantastycznie pływa. Żeby się szkolić na wyższe stopnie, to musiał być i ratownikiem, i żeglarzem, i motorowodniakiem, czyli znać i czuć wodę. No i powiedzmy, tych ludzi aktywnie nurkujących było mało. No to jak ktoś się przedstawia, ja też nurkuję, no to już powiedzmy był taki szacun i było wiadomo. A nie tak, że przyjeżdżają instruktorzy i jak się rozłoży pasek od żaketu, to już nie potrafią niektórzy złożyć i jest problem, bo mogą się nie odbyć po prostu zajęcia. System przez lata był taki, że nabory robiono jesienią, czy powiedzmy na początku zimy.

Paweł:
[13:39] I równolegnie odbywały się zajęcia powiedzmy teoretyczne i te zajęcia teoretyczne były o wiele bardziej skomplikowane. Oczywiście wiele rzeczy było powiedzmy z punktu widzenia dzisiaj niepotrzebne, ale trzeba było takie jak ja zdawanym, to musiałem schemat poszczególnych automatów oddechowych na przykład na pamięć, gdzie jaka dziurka, gdzie jakie wartości. Tej wiedzy było dużo, natomiast odbywały się zajęcia basenowe.

Paweł:
[14:14] Akademickie kluby płetwonurków z Korpena, to znaczy akademickie kluby płetwonurków były takim powiedzmy tworem przybocznym przy Komisji Działalności Podwodnej, bo one były związane z Rzeszeniem Studentów Polskich, bo Zrzeszenie Studentów Polskich nie chciało wypuścić tej śmietanki na uczelniach, więc to były kluby związane z zrzeszeniem studentów polskich, natomiast było afiliowane przy Komisji Działalności Podwodnej i były zrzeszone w takiej federacji akademickich klubów petfonurków i to wtedy był tam krem de la krem, gdzie starano się, ponieważ była młodzież akademicka i ta kwestia powiedzmy wiedzy teoretycznej była na wysokim poziomie. No i też jako studenci mieliśmy możliwość wtedy dostawania paszportów, Bo dla większości ludzi teraz to się wydaje, że wykupuje wycieczkę powiedzmy dzisiaj do Egiptu i jutro leci. Ja pierwszy raz, żebym się do Egiptu dostać, to musieliśmy kupić starego rubura, go wyremontować i zrobić wyprawę na trzy miesiące, przyjechać całą Europę, łącznie ze Związkiem Radzieckim i dostać się do tego.

Paweł:
[15:27] Natomiast te kursy zaczynały się od tego, że ja sam, będąc wielokrotnie szefem szkolenia, powiedzmy były normy. Na stopień podstawowy w Federacji Klubów Płetwonurków były dwie normy. Trzeba było stanąć na słupek, na basenie i co najmniej te 20 metrów przepłynąć bez sprzętu. No i drugi to był powiedzmy sprawdzian pływacki, czyli 50 metrów trzeba było pokonać poniżej 45 sekund. Mnóstwo ludzi uwaliłem i do tej pory nieraz spotykam, że zawsze, chcieliśmy być, chciałem być Skorpenia, ale mnie uwaliłeś, bo powiedziałeś, że zapraszasz na lekcje nauki, bo minuta tam dwie czy minuta pięć to jest zbyt słaby czas i nie dasz rad.

Paweł:
[16:11] Dlaczego to było ograniczenie, bo, Same szkolenie było tak wyśrubowane, że osoby, które nie posiadały bardzo dobrych umiejętności pływackich i obycia w wodzie, po prostu nie miały szansy dalej na robienie po prostu tych zajęć. W przypadku naszych kursów kończenie, takie powiedzmy podsumowanie sprawdzianu, czy się ktoś nadaje na część powiedzmy nawodną, To było trzykrotne pod rząd zrobienie założenia sprzętu ABC ze skoku, czyli płetwy pod pachę, maska, fajka. Trzeba było na główkę skoczyć. Basen był wtedy głęboki, bo 3,60 m. Na dole się nakładało płetewki, maskę, fajkę. Oczywiście trzeba było wypłynąć. Wydek trzeba zrobić było fajką, pokazać OK. I po trzechkrotnych takich, powiedzmy, że za każdym razem się to udawało, żeby pokazać, że nie jest to jedyny przypadek, była zaliczona część basenowa i można było wziąć udział w części powiedzmy obozowej. No i ta część obozowa, tak widzicie, wyglądały zajęcia, czyli na przykład pozorowanie, oddychanie z jednego ustnika w pięciu, czyli powiedzmy pięć osób pływało, jedno fajko musiało się obsłużyć. No takich rzeczy, które po prostu są wręczne. i po tym przychodził okres, okres powiedzmy wyjazdu na obóz klubowy.

Paweł:
[17:37] Był to czas, kiedy nurkowanie nie było powiedzmy przedsięwzięciem komercyjnym.

Paweł:
[17:45] Naprawdę jeżeli ktoś miał chęć, zapał, to nie wymagało to powiedzmy góry pieniędzy, natomiast wymagało ogromnego samozaparcia i były organizowane obozy, obozy dwutygodniowe, na których po prostu pod namiotami się nad jeziorem mieszkało i odbywało się cały program szkoleniowy. Tu widzicie Gera, która gdzieś tam była stawiona albo u gospodarza, albo powiedzmy tak jak tutaj w tym przypadku ośrodek. Powiem wam, że te jezioro sprzedałem po raz pierwszy WKP-owi w połowie lat 90. WKP zrobił tu pierwszy obóz, na następnym obozie już się nie udało, bo już Biała Dama, a podbił Strugal wtedy potem i Strugal pierwszy tutaj otworzył po prostu bazę, a dalej to już sami wiecie, że była zmienność. No i się jechało, nie?

Paweł:
[18:38] Organizowaliśmy o różnym stopniu trudności te obozy, bo potrafiliśmy mieć obozy, że jechaliśmy po prostu tak jak tutaj nad jezioro i trzeba było gdzieś tam powiedzmy jeździć po wodę, budować latrynę, budować pomost. I wtedy przez te dwa tygodnie oprócz samego kursu nurkowego była cała taka powiedzmy harcerska ten, także jak się skończyło nurkowanie, to się brało czapkę na głowę, ubierało ciepłe rzeczy i na przykład trzeba było budować pomost czy coś innego. W każdym razie tak wyglądało. Były obozy, że nawet robiliśmy po prostu kuchnię polową taką i sami obiady i jak ktoś miał wachtę, bo system był taki, że dzielono grupy powiedzmy kursantów na powiedzmy paroosobowe, były trzy czy cztery wakty, jak było więcej osób to było lepiej, bo tych wakt było więcej. No i wakta oprócz tego, że miała zajęcia, to musiała się zająć ładowaniem butli, gotowaniem także. Nie było czasu, żeby usiąść. To, co zapomniałem wspomnieć, że teorię całą się załatwiało już przed wyjazdem na obóz, także powiedzmy tylko tam ewentualnie jakieś ciekawostki, i różne rzeczy powiedzmy obuwione i to tak widzicie to. No tu jest na jeziorze Plusznym w roku 90 budowa pomostu. Zresztą ten pomost po części jeszcze został do tej pory. A to jest jezioro Szerąg Wielki i tak wyglądało, zobaczcie.

Paweł:
[20:03] Wszystko było fajnie, słuchajcie, jak było trochę słońca. Ale jak wiecie na pogodę. To jest na jeziorze Plusznym dosyć duży obóz, bo robiliśmy, O, chyba coś, poczekajcie, poczekajcie, coś mi ta obsługa nie idzie.

Paweł:
[20:25] Powiem wam tak. był to obóz zrobiony, to był 90. rok, kiedy otworzyło się Imperium Łańskie. Nie wiem, czy wiecie, ale Łański i okolice jeziora były okrodzone 300-kilometrowym płotem, w którym Turna Jaroszewicz, Gomułka, Breżnie wstrzelali powiedzmy zwierzęta i żeby te zwierzęta nie były zamknięte, to było ograniczone, nie można było wejść, wojsko pilnowało. W 1990 roku otworzyli nam, zrobiliśmy na Jeziorę Plusznym pierwszy obóz.

Paweł:
[21:00] I ten obóz właśnie tak wyglądał od strony wądu. Ciepły był lipiec pamiętam, natomiast w dzień wszyscy wchodzili w czapkach i w kurtkach zimowych i pamiętam jak kiedyś taka łódka podpłynęła i pan się pyta czy tu są chorzy jacyś, mówi bo tu jest upał 30 stopni, wszyscy w czapkach mówi czy może wyjść. No to historie były anedotyczne. Najgorzej, no słuchajcie, jeżeli się mieszkało w namiocie, a co najmniej tydzień padało, więc tutaj jak się przyjedzie i obecnie kurna siąpi, ktoś tu pod budą taką zadaszoną mówi, że jaka pogoda. Słuchajcie, po trzech dniach takiej pogody wszystko było wilgotne.

Paweł:
[21:42] No i zaraz powiem jak zajęcia wyglądały. Zobaczcie, tak wyglądali kursanci. Kiedyś płetwonurka nad brzegiem się poznawało po czapce. Nie ma nikogo, nie było nikogo, kto, kto, kto, a jeszcze dobrą rzeczą to były powiedzmy w lipcu te puchówki takie na ten i to próba odzyskania powiedzmy temperatury ciała. Zobaczcie, tak wyglądały no i oczywiście ognisko, które się paliło i w przerwie każdy próbował jak najszybciej tą temperaturę złapać. No zobaczcie, tak wyglądały pani sędzina teraz jak jej pokazała.

Paweł:
[22:17] A to jest historia, że na pewno będzie trzeba, zobaczcie, tak Tak to wyglądało. Obóz nurkowy, słuchajcie, kojarzył się z zimnym. Też to wyglądało na takiej zasadzie, że opłaty były minimalne, bo to zażarcie gdzieś tam z jakiejś organizacji się pieniądze załatwiało. Natomiast.

Paweł:
[22:37] Nie chcesz wejść do wody? Nie wchodzisz, do widzenia, spakuj się i jedziesz. Nie potrafiłeś czegoś zrobić? Nie było jakichś dopytek, że może za tydzień pojedziemy, czy co? Złapałeś zapalenie ucha? W danym roku już tego stopnia nie zdobyłeś, bo musiałeś w kolejny rok czekać i naprawdę to nieraz się wiązało z tym, że ludzie mocno przeginali i potem, powiedzmy, mocno upadali na tym, bo próbowali na siłę. To już są lata 90 ale jeszcze są pianki powiedzmy już widać trochę zachodnich trochę tych i pamiętam obóz kiedy 10 dni lało, lało, zobaczcie i tu jest prowadzący i zajęcia i nie ma nie było, nie było, że tak, jak obóz wyglądał obóz wyglądał tak, że się rano o 7 zaczynało powiedzmy tak zwaną rozbieżką, czyli teraz to się ładnie to nazywa jogging czyli było trzeba przelecieć sobie.

Paweł:
[23:32] I ćwiczenia powiedzmy na sucho i potem się wchodziło do wody, żeby się rozpłynąć przed zajęciami, żeby złapać formę, żeby przestało się chcieć spać. Pamiętam kiedyś szefem szkolenia u nas był ten przełajowiec, który biegał 10 kilometrów, to po pierwszym tym połowa ekipy to wymiatowała z wysiłku, ale nikt nie chciał zostać i nikt nie chciał pokazać, że pęka.

Paweł:
[23:55] No i to tak mniej więcej wyglądało. Stopień podstawowy w większości się opierał przynajmniej pierwszy tydzień na pływaniu w wodzie, na golasa i jak tu widzicie, powiedzmy, wszelkiego rodzaju, powiedzmy, szlifowania, skoki, zanurzenia, pływania, dystansy.

Paweł:
[24:15] Z tego, co mogę powiedzieć, to w zależności też od temperatury, bo to też było takie, szef szkolenia i kadra próbowała, powiedzmy, przynajmniej w naszym klubie nie przegiąć, żeby po prostu ludzie się nie pochorowali i żeby po prostu nie było buntu.

Paweł:
[24:36] Zresztą taką zasadą była zawsze niedziela, czyli powiedzmy dochodziliśmy do ściany, gdzie już dalej ludzie nie wytrzymywali i wtedy się mówiło, że jutro jest niedziela, kupowaliśmy po dwa czy po trzy piwa, ognisko i jutro tylko powiedzmy z obowiązków to była gra w piłkę nożną, kadra kontra kursanci. Oczywiście jak kadra przegrywała, to następnego dnia kursanci nie wchodzili na rozpływkę, tylko oni pilnowali i kadra musiała pływać, żeby było tam ferii i tam się nikt nie tę. Natomiast zaczynało się to przynajmniej do obiadu, trzy wejścia po 45 minut. Oczywiście następne były krótsze, ale w sumie myślę, że w ciągu godziny, w ciągu dnia to 5 godzin, powiedzmy tak jak tutaj mamy 21, to już jest niezła temperatura, bo bywały obozy, gdzie była temperatura 16, 5 godzin na Gołasa się robiło. No i ja na przykład miałem kolegę, który powiedział, że P2 nie robi, bo odgryz kurna na przykład w fajce ustnik i powiedział, że pierdziel, nie musi mieć P2 i tak wygląda. No i dystansy były powiedzmy powadzkie. Jak zobaczycie po kursantach nie było. No, wieście mi, nie było o tyłych.

Paweł:
[25:49] Wszyscy wysportowani, a z reguły, jeżeli ktoś myślał o zrobieniu stopnia podstawowego, to z reguły okazywało się, że gdzieś wcześniej coś, powiedzmy, jakiś inny sport dodatkowo ćwiczył, czyli był bezsportowany, a dodatkowo, powiedzmy, zaharpowany w walce i wzajemnej tak. No i wszelkiego rodzaju, powiedzmy, zajęcia. Dopiero drugi tydzień zaczynał się z elementami pływania w piankach. Oczywiście bardzo często się okazywało, że tych pianek było, powiedzmy, trzeba było się z kolegą dzielić i na zmianę, i na grupę. No i to były pianki, powiedzmy, stomilowskie. Kto miał kiedyś taką piankę, no to wie, że powiedzmy, tak to wyglądało.

Paweł:
[26:33] I po prostu tak wyglądało. To wyglądało, zobaczcie, wyglądało po prostu ten.

Paweł:
[26:41] Czym to było związane? Te wyśrobowanie powiedzmy, zawsze największym kłopotem, jaki ja pamiętam na stopniu podstawowym, to dla osób było zaliczenie tak zwane 4×15. Czyli były dwa automaty, linka 15 ten i można było trzy oddechy wziąć z jednego automatu, to trzeba było przepłynąć do drugiego. Problem polegał na tym, że jeden był wąż, powiedzmy, jednowężowy, a drugi dwuwężowy, więc nie dało się. Najpierw trzeba było podpłynąć, odkręcić, zacząć oddychać. Potem jak się skończyło oddychanie, to trzeba było zakręcić i wypuścić, czyli nie tak, że dotknął, wpadł i po prostu, a jeżeli powiedzmy automat się wzbudził po takim przepłynięciu, to to było powiedzmy ćwiczenie do powtórki.

Paweł:
[27:28] Czym to było spowodowane? To było spowodowane słabą jakością sprzętu i wadliwością tego sprzętu. Teraz jak komuś automat przestanie podawać, czy coś się stanie, to jest kuriozum. Ja pamiętam swoją pierwszą pięćdziesiątkę, to dopiero trzeci automat, który mi zmieniono, trzeciego kajmana, pozwolił mi dojść, bo większość powiedzmy na przestrzeni 30-40 metrów przestały podawać. Były to kajmany, które nie miały serwisu, bo tego serwisu nigdzie nie było i tak wyglądało. Też troszeczkę to nurkowanie, może głęboko nurkowano, natomiast specyfika tych nurkowań była tak zwana przylinie, czyli powiedzmy była opustowka, opuszczano się, pobyt na dnie, wejście. Oczywiście w czasach, kiedy ja zaczynałem nie było żadnych powiedzmy urządzeń do wyrównywania pływalności, czyli to było odpowiednie, dokładanie ilości ołowiu na pas i wtedy jak im więcej, to z reguły co 10 metrów to się jeden kaferek zdejmował. Szkoła była no potworna i powiem Wam, że większość, którzy przechodzili taki kurs, no mi się udało, to jest mój średni stopień i my na przykład na piłaknie na średnim stopniu trzy razy 56 metrów zrobiliśmy, bo mieliśmy wyczynowca, kurna instruktora, bęka pszczowej i tak to wyglądało.

Paweł:
[28:54] Zobaczcie, tak zajęcia, to już potem na koniec ostatnie nurkowanie był tak zwany spacerek, czyli kursanci mogli po prostu wziąć pod nadzorem po jakąś bojkę i zobaczcie jaki sprzęt. Teraz większość z was podejrzewam, żeby wyobraźcie sobie, powiedzmy pamiętam kiedyś potrzebowaliśmy zrobić pięćdziesiątkę, a nie mieliśmy na przykład latarki, nie? Czyli opustówka dookoła, trzech gości i system na ręce, nie? Okej, okej, okej, okej i się tak robiło pięćdziesiąt metrów jak ktoś miał latarkę, która do której wchodziły dwie baterie R20 i one dawały tyle światła jak może dwie świeczki, to było po prostu coś nie do powiedzenia, a ponieważ trzeba było nurkować, to wynikało po prostu z zaostrzenia tych norów. No i tu zobaczcie, to jest piłak, na 50 metrów schodzimy, zobaczcie w jakim sprzęcie. Nie ma tu dwóch zaworów, dwóch butli, dwóch niczego. Na 20 metrach się po prostu wymienialiśmy ten sprzęt, bo jedna z norm była to, że trzeba się aparatami oddechowymi na 20 metrach zamienić.

Paweł:
[30:16] Wyjście na wyższym stopniu z 30 metrów to było rzeczą normalną, a na średnim z 40 metrów trzeba było pokazać wyjście na ten. Bezdechy powiedzmy mój stopień.

Paweł:
[30:29] Nie wiem, czy ten. No i tak zobaczcie, przyjrzyjcie się na miny. Miny nie są dziarskie. Początek obozu, zajęcia. Widzicie, gdzieś jest pomoc budowany, który też trzeba było zatopić i tak wyglądało. Natomiast ludzie, którzy przechodzili te obozy, poznawali się w ciągu dwóch tygodni w ten sposób, że niektórym to potrzeba po prostu w takich obecnych warunkach, nie wiem, 10-15 lat, żeby się tak poznać. Osoba, która nie spełniała tych standardów, czyli była samolubem, była egoistą, nie można było pod wodą liczyć, bo trzeba było w każdej chwili na swojego partnera liczyć, to po prostu była eliminowana. W klubie czy powiedzmy w tym środowisku zostawały osoby, na których wiadomo, że mają mocny szkielet powiedzmy moralny, można polegać, są zawsze pomocni i zawsze są pomocni. No i potem, proszę, no wiesz, ilość wtedy nurków wychodziła 3-4 tysiące, nie wiem ile, bo niektórzy mówią, że jest 150, 200 tysięcy, niektórzy mówią 50. No niestety, przedtem powiedzmy, jak ja bym miał według standardów, tak jak szkole teraz, to bym nie wiem, co 15 dopiero dał papiery,

Paweł:
[31:49] który spełnia po prostu te warunki. No i sami wiecie, no biznes nie na tym polega, a tu ktoś płaci, no to trzeba wejść.

Paweł:
[31:59] Kiedyś mój wyższy stopień prowadził solarz, solarz wyrzucił tego i stwierdził, że nie poznaliśmy granic swoich możliwości, no i z nas tam po prostu próbował zajeździć i jeździł jak mógł, natomiast ja potem jak pracowałem na nartach, prowadziłem bazę, to soleja spotkałem, wino wyciągnęliśmy wieczorem, ja mówię, wiesz co, mówię… Jak ja bym parę lat temu, kurna, pomyślał, że ty będziesz, kurna, skakał i się pytał, kurna, dziewczyny, czy ma dobrze pasek dopięty i dopinał, to bym nigdy nie uwierzył wtedy, jak robiliśmy ten kurs. No ale całe szczęście, powiedzmy, te czasy się zmieniły i nie trzeba, powiedzmy, w tej chwili walecznością działać. Praktycznie rzecz biorąc, w Komisji Działalności Podwodnej do 2000 roku to były ostatnie obozy. Oczywiście one już wtedy, powiedzmy, były odpuszczane, domki kempingowe i inne, ale mniej więcej tam też trzeba było. No i klub, powiedzmy, w przypadku naszego klubu jesienią w Nawalnym właśnie było honorowe oddawanie, powiedzmy, książeczki połetwonurka i wtedy naprawdę, jeżeli ktoś dostał tą książeczkę, to wiedział, że zapracował na nią. Zapracował. No i w klubie zostawali ludzie, którzy po prostu w przypadku naszego klubu te przyjaźnie trwają dziesięciolecia i można w każdej chwili zadzwonić, pomóc i nikt nie narodził.

Paweł:
[33:26] Oczywiście sytuacja była taka, że na początku można było zrobić, powiedzmy, bo też były nurkowania stażowe, czyli na przykład nie dało się szkolić rok, powiedzmy miesiąc po miesiącu. W jednym roku jak zrobiłeś stopień podstawowy, to mogłeś pomyśleć, że jak byłeś dobry, wypływany i przez całą zimę się przyłożyłeś, chodziłeś na basen, ćwiczyłeś, to P2 miałeś szansę zdobyć. Ewentualnie powiedzmy… Proszę?

Paweł:
[33:56] No tak, ja już nie mówię. My nie mieliśmy takiego problemu, natomiast koledzy z Krakowa, jak z Krakowa mówili, że oni wtedy musieli na Solinę jechać, żeby trzydziestki robić. Ja pochodzę z Olsztyna i my w Olsztynie, w samym mieście mamy 11 jezior. Także my z klubu mamy 200 metrów, mieliśmy powiedzmy do jeziora. W czasach, kiedy w klubie były dwa maluchy i była możliwość przewinienia sprzętu, powiedzmy, a wszystko się woziło, obozy się jeździło po kilkanaście kilometrów stałym sprzętem w plecaku z butlami. Z tym, to po prostu nie do opowiedzenia historie, które były. No i normy oczywiście na wyższy stopniu były tam wyśrubowane po prostu. No tam bezdechu freediverów nie było, bo wszyscy byli freediverzy. Tam trzeba było… Jeszcze mieliśmy w klubie taką przypadłość, że oczywiście była gradacja. Na przykład na stopień podstawowy trzeba było zanurkować na wstrzymanym oddechu na 7 metrów, nie? No to… A u nas prezes liczył 7 metrów zawsze tak, nie? Czyli jak 7 odmierzył, to z tych siedmiu się 11-12 robił.

Paweł:
[35:08] To, co w książce pisze, to właśnie, a tu kolega Włodka nie ma, pamiętam, wtedy pojechaliśmy na zaliczanie na 15 metrów na wstrzymanym oddechu, mieli schodzić patyk i była taka zasada, że patyk w rękę, na 15 metrach ktoś tam powiedzmy pod funurek stał, trzeba by było ten patyk dać w rękę i wejść, pokazać OK, do góry, następny wchodził, pokazywał OK, Dostawał ten patyk, wypływał. No i ponieważ bojka była postawiona na 23 metrach, Włodek jak poszedł pędem, to na 15 metrach się zrobiło trochę ciemniej, to nie zauważył tego i tam wpadł, w mulę się tam zatrzymał, ale przytomnie złapał, słuchajcie, na wgacz tego mułu i wypłynął. Mówi, że patyka nie mam, ale byłem na dnie i pokazuje ten muł w rękę. A prowadzący Jacek mówi, ale mówi, Płotku, miałeś patyk przynieść, ja mu nie potrzebuję, jeszcze raz.

Paweł:
[36:07] Trochę momentami to było tak wygodnie. W federacji na przykład akademickich klubów płetwonurków książka była wydana przez lekarza pana Borutę, zresztą Borutę miał bardzo ostre notowania, jeżeli chodzi o szkolenie i stopnie powiedzmy wyższe i stopnie instruktorskie odbywały się na tak zwanych obozach centralnych. Czyli się instruktorzy powiedzmy zjeżdżali, czyli powiedzmy no dostawałeś gości, którzy nie byli z Twojego klubu i no i to też taka była powiedzmy wzajemna wymiana informacji.

Paweł:
[36:54] Bywały też rarytasy, tak że na przykład na obóz instruktorski można było pojechać za 150 dolarów do Grecji. Robiono przez miesiąc na ten, to się dostanie powiedzmy na taki obóz, to było szczęściem. Tutaj mamy obóz instruktorski w 81 na Jeziorze Wuxniki, a tu jest powiedzmy wyjazd federacyjny. Ja byłem, powiedzmy, nie tyle byliśmy zmuszeni w czasach, w latach, powiedzmy, w drugiej połowie lat 80., ponieważ nie byliśmy z Warszawą pokłóceni, więc nie mogliśmy pojechać na żaden obóz centralny, żeby zrobić wyższego stopnia, bo tam tysiące stan, to to książeczka niepodbita, to jakieś formalności. Historia jest dłuższa, natomiast takim kontrośrodkiem to był krakowski Krab, natomiast krakowski Krab szczycił się tym, że u nich jest ta szkoła powiedzmy największa, najciężej, jak już tam się przejdzie i jak ktoś przyjeżdżał do nich, no to za wszelką cenę starano się zorganizować i pokazać, że jednak w tym Krabie to rzeczywiście jest najciężej.

Paweł:
[38:08] No i tak wygląda, powiedzmy, ja byłem w 88 roku na siecinie, Tu są koleżanki, pajdaczki. Piotrek Sztusz wtedy, pamiętam, średni stopień robił i do Aśki się tam pucował, także przychodził często do naszego namiotu, czy powiedzmy tam gdzieś na ten. No i tutaj jest wyjazd, powiedzmy, nurkowy na głębokość, powiedzmy, tam na nurkowanie na 40 metrów, nie?

Paweł:
[38:36] Tak to wyglądało, tak to wyglądało i naprawdę, powiedzmy, zdobycie tego stopnia, no to nie raz i nie dwa, nie jeden miał, powiedzmy, no chęć rzucić to wszystko i ten, ale najczęściej jak było dwóch czy trzech kolegów, chodźmy, jeszcze raz spróbuj, jeszcze tego, no jakoś nie pękam, się wstrzymywaliśmy naprawdę, naprawdę te ostatnie dni to niektórzy odliczywali na palcach na ręki. Natomiast potem ten system szkoleniowy był troszeczkę inaczej, bo żeby zostać instruktorem to wymagało zebrania staży instruktorskich, czyli się jechało i było takim powiedzmy.

Paweł:
[39:12] Był asystentem instruktorów i to wymagało co najmniej trzech wyjazdów dwutygodniowych, także rzadko komu się dawało na przykład zrobić. W jeden sezon dodatkowo to trzeba było mnóstwo innych, trzeba było mieć sternika żeglarskiego, woprowskiego przynajmniej ratownika, sternika motorowego i wiele rzeczy. No i jak się jechało na kurs, to ja pamiętam takie kursy, że połowę wyrzucano, po prostu wyrzucano, niezdawali. Ja pamiętam kiedyś gościu, po prostu instruktor w pędzie na przykład nie zdążył sobie do maski napuć i poszedł z kursantem. No i od razu niestety był powód, żeby po prostu, bo ty jako instruktor musisz dbać. No naprawdę pilnowano się i robiono. Natomiast jak ktoś już doszedł do tego stopnia instruktorskiego, to wiadomo, że nie dostał go za coś, tylko to naprawdę był gościu, który w wodzie był nie do, powiedzmy, zajechania. Kwestia inna to, czy posiadał warsztat i umiejętności przekazania tej wiedzy, bo nieraz jak się trafiło na jakiegoś z ukrytą, masochistycznym charakterem, to szybko zdobywał po prostu złą sławę w towarzystwie.

Paweł:
[40:38] To tyle by było.

Paweł:
[40:40] Dziękujemy za wysłuchanie odcinka. Każde odtworzenie, każde udostępnienie, polubienie czy komentarz to dla nas bardzo cenne wsparcie. A jeśli podoba Ci się nasza twórczość, możesz wesprzeć nas w serwisie Patronite. Mamy nadzieję, że zechcesz przyłączyć się do współtworzenia spod wody i dorzucić swoją cegiełkę do tego projektu.